Czy nie nachodzi Państwa czasem myśl, że w naszym pięknym języku rozpleniły się, by nie rzec „rozpanoszyły się” słowa i wyrażenia skopiowane żywcem z języków obcych, głównie angielskiego? Rożne „gejty”, „brifingi” i temu podobne?
Przeciwko temu, dość powszechnemu w różnych krajach i kulturach zjawisku protestowali ostatnio chociażby Francuzi oraz Włosi. W obydwu tych krajach pojawił się postulat, by wszędzie tam, gdzie istnieje rodzimy odpowiednik danego słowa używać właśnie takich rodzimych wyrażeń – w sytuacjach oficjalnych, urzędowych i w mediach wręcz pod karą grzywny.
Mam wrażenie, że w przypadku języka francuskiego może to być dość trudne. Straszy już „elektroniczna maszyna licząca” (tak byłoby w tłumaczeniu na język polski) zamiast słowa „komputer”, a jak powiedzieć „laptop”? Chyba nie „przenośna elektroniczna maszyna licząca”…
Spójrzmy na kilka przykładów z naszego własnego podwórka. Moim zdaniem śmiało moglibyśmy mówić:
- bramka zamiast „gejt” (ang. gate),
- punkt odprawy zamiast „czekin” (ang. check in),
- termin wykonania / oddania pracy zamiast „dedlajn” (ang. deadline),
- spotkanie, odprawa zamiast „miting” lub „brifing” (ang. meeting / briefing),
- burza mózgów zamiast „brejnstorm” (ang. brain storm).
Nie mogę też nie wspomnieć o koszmarkach typu:
- nie fokusowaliśmy się na tym,
- nie adresowaliśmy / czelendżowaliśmy tego,
- przekroczyliśmy wszystkie targety.
Jak widać z powyższej, całkowicie subiektywnej listy zasłużonym na tym polu winowajcą jest bardzo często język i styl korporacyjny. Moja prośba minimum: jeśli ktoś musi tak mówić w biurze po to, by nie „odstawać” od grupy, to trudno-świetnie, jak mawiał pewien zaprzyjaźniony siwowłosy prawnik – ale w innych sytuacjach starajmy się mówić ładną polszczyzną.
No to do kolejnego posta. Ups, przepraszam: do kolejnego językiksowego wpisu.